mordasiewicz

Szukaj
Idź do spisu treści

Menu główne

Rok 1940

Rodzina > Dziennik wojenny

02.01.1940
Święta minęły, wszystko ma swój koniec. Podczas świąt i strawa była polepszona i podarki były, paczki, tymczasem podchodzą święta prawosławne w/g starego stylu. Z naszych zaczyna się znowu wędrówka z obozu, dowiedziałem się, że i moje papiery przyszły i jestem wyznaczony do wyjazdu na dz. 17.01 br. Idziemy w tułaczkę w nieznane.

17.01.1940
Minęły już i święta prawosławne, trochę popiliśmy, bo "na frasunek dobry trunek", lecz cóż zrobić. Dziś mój wymarsz do portu Constanta, a tymczasem idziemy na zbiórkę, o godz.4.30 zameldowaliśmy w kancelarii gdzie mjr. Pytel nas pouczył jak mamy się zachować na wypadek cupnięcia, wieczorem otrzymaliśmy ubranie, zdaliśmy wojskowe clamoty, jesteśmy po cywilnemu, dostaliśmy po 700 lei na drogę. Jest nas grupa - Lenartowicz Feliks - Wilno, Martun Józef - Orawy(?), Andrzejewski Stanisław - Wilno, Walik - W-wa no i ja, nazwisko mam przybrane Góra Aloizy ze Lwowa malarz, tak że zanim załatwiliśmy u kpt. Ryszkowskiego to była juz godz. 10 wieczorem. Przyszedłem do domu, gospodarze czekali, na drogę i na pożegnanie wypiliśmy trochę wina, potem pożegnanie, które długo zostanie w pamieci, bo naprawdę przez tych trzy miesiące prawie, zżyliśmy się i czuliśmy jak u siebie w domu, bo i naprawdę było wszystko tak jakoś swojsko i rodzinnie, można było się porozumieć, rozmówić. Oni starali się o nas, my również jak mogli tak odwdzięczali. Kiedyś może napiszę, jeżeli da Bóg wrócić do domu. Dzieci Wiedzioszka i Kula już spali, lecz Awgeria i Iwan tak się popłakali serdecznie no i z nimi Julek, że naprawdę jakoś markotno było. O godz. 10.00 odjazd, wynajęliśmy furmanę, bo iść na piechotę przeszło 80 km. to nie bardzo się chce. Tymczasem gosposia zaopatrzyła na drogę w życie, dała kożuch i ciepłą chustkę na szyję no i jedziemy, trochę piechotą, trochę furmanką przez parę wsi przejechaliśmy dobrze. Lecz w trzeciej zatrzymano nas, lecz po szczegółowej rewizji oraz po odpowiednich datkach no i"czaj", no i widać, że komendant posterunku był byczy chłop, bo kazał nas zwolnić, po przejeździe jeszcze paru wsi znów nas zatrzymano, no i pomimo, że dawaliśmy 500 lei, cygany nie chcieli nas wypuścić i chcieli nas zawrócić z powrotem do Babadag, ewentualnie do Tulcei, a nawet już było przygotowane pismo i dopiero gdy pokazaliśmy paszporty zagraniczne z wizami wjazdowymi francuską i angielską, komendant zdecydował na odesłanie nas do Constanty, lecz oczywiście pod eskortą, lecz dobre i to, Constanty damy sobie radę. Wobec tego ruszamy furmanką do wsi Cerakoe o 18 km od Constanty, gdzie z powodu późnej pory nocujemy na posterunku. Na jutro rano to jest
19.01 wyszedł zabawny incydent, z rana zawezwał nas komendant posterunku i zapytał czy mamy pieniądze na opłacenie autobusu - gdy powiedzieliśmy, że tak, a więc zaczął nam radzić, ażeby wpłacić jemu pieniądze, gdyż jak będzie płacił żandarm, a więc będzie nas kosztowało po 35 lei, a jeżeli my sami to będzie znacznie drożej, gdy jednak w drodze konduktor zażądał od nas, że mamy zaplacić za podróż odesłaliśmy go do żandarma, lecz ten zaparł się, że żadnych pieniędzy nie ma, chłopcy chcieli robić burdę, ale ja kazałem zapłacić a żeby tylko spokój był. W Konstancji zaprowadzono nas na posterunek żandarmerii, gdzie po przejżeniu  naszych papierów jeden z oficerów żandarmerii dobrze rozmawiający po rosyjsku zrugał żandarma po co nas aresztowali i kazał żandarmowi iść do diabła, nam kazał zaczekać aż przyjdzie pułkownik żandarmerii, przytem zapewnił, że na pewno po przyjeździe pułkownika natychmiast będziemy wypuszczeni, co też uczyniono. Szofer, który jeździł z tym pułkownikiem, a jest to Polak, opowiedział, że ten pułkownik dużo Polaków wyciągnął, no lecz co innego, że na Polakach zrobił ogromny majątek ponieważ kupował od Polaków samochody, a potem odsprzedawał zarabiając nieraz na samochodzie od 10000 do 20000 lei.

19.01.1940
No jesteśmy wolni. Idziemy do Konsulatu, by się zameldować, nocleg otrzymałem w Domu Polskim, na życie dostajemy po 50 lei dziennie, na obiady chodzimy do Y.M.C.A., a śniadanie i kolację gdzie się da na mieście.

25.01.1940
Odjazd z Constanty na rumuńskim statku pasażerskim "Besarabia", jest nas jako "pasażerów III klasy" 162 i pasażerów II klasy 16, motorowiec b. ładny, jest to jeden z najlepszych i najnowocześniejszych okrętów, odjazd z portu o godz.9.15 wieczór, w nocy dosyć duże fale, tak że w jadalni krzesła same zleciały wszystkim do kupy, bractwo jedzie rygi, ja jakoś się trzymam.

26.01.1940
Godz. 8.45 rano, wjeżdżamy do portu w Turcji - Stambuł. Po parogodzinnym postoju w porcie jedziemy dalej przez cieśninę Dardanele, na okręcie jest kilka młodych żydków i żydówek, które wsiedli w Constanty, jadą do Palestyny, są one prawdopodobnie z Polski, gadają po polsku.

27.01.1940
Godz. 16.00 zawijamy do drugiego portu w Grecji - Perie ze statku zchodzić nie wolno, robimy parę zdjęć, po paru godzinach jedziemy dalej, przejeżdżamy koło brzegów Italii, okolice widoczne z okrętu są bardzo ładne, jedziemy blisko brzegów. Ludność macha chusteczkami, po czem wjeżdżamy na morze Śródziemne i mamy dłuższy etap podróży, morze spokojne, pogoda piękna, życie na statku dobre, spanie też.

29.01.1940
Pora obiadowa, dobijamy do portu Haifa w Palestynie, towarzysze podróży żydzi i żydówki wysiadają a i każdy z nas jest wzruszony, gdyż jest to ziemia Święta, gdzie Chrystus przyszedł na świat, by go swą śmiercią odkupić. W porcie stoimy prawie do wieczora, ze zmrokiem poczem wypływamy poza port, kotwiczą okręt i śpimy na morzu. Zapowiedź by na jutro wszyscy byli wygoleni jakoś na ludzi, gdyż będziemy przed południem u miejsca pierwszego etapu naszej podróży.

30.01.1940
Z rana odpływamy z portu Haifa - o godz.11.30 dobijamy do portu Beyruth w Syrii, na powitanie przyjechali nasz konsul w Beyruthe i paru oficerów francuskich, po krótkim przemówieniu i przywitaniu wyładowujemy się z okrętu, ładujemy się na wojskowe samochody i jazda do koszar wojskowych, jak długo będziemy nie wiadomo, prawdopodobnie około dwóch tygodni.

05.02.1940
Nie mamy nic do roboty, jesteśmy w pierwszym zetknięciu się z kolonialnymi oddziałami Francji, gdyż są murzyni, hindusy, chińczycy i inne. Miasto Beyruth jest dosyć duże, podobno ma około 120 000 mieszkańców, niedaleko koszar jest fabryka samochodów wojskowych, bardzo dużo samochodów zaparkowanych po drogach i laskach. W niedzielę idziemy do kościoła, idziemy do spowiedzi oraz przystępujemy do Komunii Św., potem w dniu lub wieczorem idziemy do miasta i kin, gdzie Polacy mają gratisowe wejście.

15.02.1940
Godz. 10.10 odjazd z Beyruth statkiem transportowym francuskim "Patria" w warunkach gorzej niż antysanitarnych. Na sali pod pokładem powietrze duszne, rzygowiny naszych poprzedników, smród, niech diabli wezmą tych kochanych sprzymierzeńców, lecz trudno, wszystko ku chwale ojczyzny.

16.02.1940
Godz. 12.00 przyjazd do portu Aleksandria w Egipcie, protektorat angielski, postój całą dobę, naładowano przeszło 300 ton bawełny, z 8 - 10 wagonów węgla do maszyn, parę wagonów pomidorów, z Beyruthu jechało kilka wagonów pomarańcz no i przeszło 1600 ludzi wojskowych.

17.02.1940
Godz. 12.10 wypływamy z Aleksandrii, wieczorem statek idzie bez świateł, tylko po jednym i drugiej stronie światełka zielone i czerwone, okna zamalowane. Wieczorem i w nocy zaczyna huśtać, chłopcy zaczynają chorować.

18.02.1940
Godz. 10.00 Msza Święta odprawia francuski ksiądz, w przestworze popłynęła pieśń "Pod Twą Obronę" i inne. Statkiem kołysze coraz mocniej, tak że nieraz dziób statku unosi się wysoko, drugi raz znów zapada w dół i śruby okrętowe tylko powietrze przecinają, tak aż na pokład zalewają, 75% naszego bractwa z łóżek nie wyłazi i nic nie je, mnie jakoś nie szkodzi, mógłbym być marynarzem.

20.02.1940
Około godz.13.00 przejeżdżamy Cieśninę między Italią a Sycylią Włoską, widok cudowny, morze uspokoiło się prawie zupełnie, wieczorem o zmroku około godz. 19.00 przejeżdżam około wysepki z czynnym jeszcze wulkanem "Stromboli". Kapitan podprowadza statek pod samą wysepkę. Obserwujemy wybuchy lawy, widok piękny jednocześnie groźny, płyniemy koło wysepki w odległości 50 - 100 mtr. wszystko widzimy bardzo dobrze, lawa spływa aż do morza, z drugiej strony w miejscu bezpiecznym jest jakieś miasteczko i mieszkają ludzie, jak oni tam mogą wytrzymać.


21.02
.1940
Godz.13.30 Przejeżdżamy Cieśninę dzielącą Korsykę francuską od włoskiej z lewej jadąc z południa na północny wschód. Brzegi skaliste i dzikie.

22.02.1940
Godz. 9.45 przyjazd do Francji , port Mar
sylia, na powitanie przybyli władze polskie cywilne i wojskowe oraz francuskich paru oficerów. Po witaniu wyładowaliśmy się z okrętu, poczem autobusem udaliśmy się na stację rozdzielczą W.P.Camp de Carpagne odległe od Marsylii około 30 km (Carnoux-en-Provence - km). w górach, baraki prawdopodobnie budowane przez jeńców niemieckich z wojny światowej, dziwne zrządzenie losu, baraki budowane przez niemców, a teraz służą za punkt zborny dla nowotworzącej się armii Polskiej na niemców, tu prawdopodobnie zostaniemy tylko parę dni.

25.02.1940
Przez tych parę dni przeprowadzono weryfikację, opisano nas od stóp do głowy, wymierzeni, wyważeni, odciski wszystkich palców i sp. wreszcie po kąpieli dziś wyjeżdżamy. Godz. 14.30 idziemy do odległej około 5 km. st. kol Coasyndes ładujemy się do pociągu i jedziemy do nowego obozu.

05.03.1940
Siedzimy w tym obozie Camp de Judes a Septfonds. Dep. Tarn at Garone, obóz pobudowany dla internowanych hiszpanów, w obozie bałagan jakich mało, burdel na każdym kroku, naszego bractwa jest około 3000, zimno, żarcia mało, w obozie spotkałem Br.Woroszyła i N. Gojdzia, z Rumunii oni później wyjechali, lecz wcześniej byli we Francji, ponieważ jechali bezpośrednio. Spotkałem także kilku chłopaków, którzy wyjechali w grudniu i tutaj siedzą, spotkałem Barańskiego Janka, z domu też nie ma żadnej wiadomości, chociaż pisał już kilka razy. Obóz jest podzielony pułkami, z 5 p.Lot. jest najmniejsza grupa, komendantem obozu jest ppułk. pil. Nazarkiewicz.

13.03.1940
Wybierają chłopaków do przemysłu, Barański jedzie do przemysłu, niektórzy jadą do Anglii, chociaż prawdopodobnie Francuzi niechętnie puszczają.

15.03.1940
Wyjeżdżamy z Septfonds, ponieważ obóz ma być zlikwidowany i francuzi podobno mają osadzić niemców w tym obozie. Radio niemieckie przed paru dniami podobno nadało, że polskie lotnictwo jest zgrupowane w hiszpańskich barakach w Septfonds i siedzą po uszy w błocie i że on się postara nas uwolnić oraz by matki i żony w Polsce się nie martwiły, gdyż on przywiezie ich synów i mężów w worku, no zobaczymy. A tymczasem jedziemy dalej, prawdopodobnie do Lyonu, dzisiaj francuzi się popsuli, gdyż napakowali nas jak śledzi do wagonów towarowych, żywo się przypomniała Rumunia, całe szczęście, że podróż zbyt długo nie trwała, tak że wczoraj o godz. 19.15 wyjechaliśmy z Septfonds, dziś o godz.14.00 jesteśmy w Lyonie. Ładujemy się do autobusów na nowe miejsce, ulokowani jesteśmy w dużej hali, która budowana była na wstawę jakiego przemysłu, dalej podzieleni jesteśmy według pułków na eskadry, z 5 p.Lot. jest mało, gdyż dużo wyjechało do przemysłu lotn. w Algierze, Bordeaux, le Damarche oraz do Anglii, tak że zostało nas   zaledwie 26 chłopa oraz przydzielono do nas jeszcze 30 chłopaków tak zwanych z cenzu
sem, mamy tworzyć eskadrę.

18.03.1940
Pierwsze dnie minęli na organizacji, mamy nazwę 12 eskadry, D-cą jest por.pil. Żeligowski, syn Gen. Żeligowskiego rezerw. porzadny chłopak, szefem jest st.sierż.pil. Arke. Rozglądamy się po otoczeniu, hala jest polozona nad brzegiem rzeki Rhone, całość obozu nosi nazwę Fuare, z drugiej strony ciągnie się park, na hali jest umieszczone przeszło 1500 ludzi, częściowo śpią na pryczach, lecz w większości na podłodze, my śpimy na posadzce, pracuję jako kancelista.

25.03.1940
Dzień za dniem mija, podobny jeden do drugiego, aż przyszedł dzień Zmartwychwstania Pańskiego, które obchodzimy na dalekiej obczyźnie, smutne to są święta, które zwykle obchodzimy tak tradycyjnie, a dziś kraj jęczy w niewoli pod jarzmem okupantów. My tu nczem nie odczuwamy święta za wyjątkiem, że została odprawiona Msza Święta, podczas której dziękujemy Bogu, że jesteśmy tutaj i myślą odbiegamy het daleko ku swoim najdroższym. Mój Boże! Jak tam Oni się czują. Jak tam moja Januś, Ziutek, Ziuta, jak tam oni żyją i czy żyją jeszcze - Bóg raczy wiedzieć i ta niepewność zabójczą jest, gdyby nie to, życie byłoby znośne, my tu tymczasem mamy codziennie papu, jak Oni tam - może są głodni, Matko Najświętsza miej ich w swojej opiece, bo chociaż jesteśmy oddaleni o tysiące kilometrów, to jednak sercem i myślą zawsze tam jesteśmy...

27.03.1940
Dziś mamy niespodziankę. Z rana był w obozie Gen. Zając, który jest Dowódcą Lotnictwa Polskiego, natomiast po południu odwiedził nas Gen. Sikorski, któremu towarzyszyli kilku naszych oficerów ze sztabu oraz paru generałów francuskich i cywilów. Gen. Sikorskiego widziałem pierwszy raz, wywarł jak najlepsze wrażenie na mnie oraz na żołnierzach, jadą na (?) Bron, gdzie będzie żegnał naszych lotników odchodzących na stage do francuskich jednostek.
 Wieczorem mamy miłą rozrywkę, gdyż przyjechał Polski Teatr : Budzinski, Wyspiański, Wejcherówna i inne sławy sceny polskiej, już drugi raz nas odwiedzili, gdyż przed tygodniem byli u nas, Bóg im zapłać za polskie słowo oraz polskie tańce i śpiewy, które były doskonałe oraz za chwilowe oderwanie się od tych myśli i czarnej rzeczywistości, żałuję że nie wysłali mnie gdzieś do fabryki albo nie przydzielili do jakiej jednostki, bo taka bezczynność wprost jest zabijająca.

29.03.1940
Wysłałem parę listów do domu, do Chmielewskich, do Bernarda, może który dojdzie. Dnie mijają jeden za drugim na bezczynności, byłem już ze dwa razy na mieście, cholernie się nudzi.

08.04.1940
Nareszcie mam przydział na Bron do Dyw.Myśliw. 1/145 mjr. Kępińskiego, który miał jechać do Finlandji przeciwko bolszewikom, zdaje się że mam przydział do 7 klucza jako bez spec. i wkrótce mamy wyjechać na stage.

26.04.1940
Od pewnego czasu lada dzień mamy wyjechać na front, tymczasem pracuję w kancelarii dywizjonu, dzisiaj mieliśmy szczegółowe badanie przez komisję lekarską Polsko-Francuską, wynik badania nie jest mi znany, lecz prawdopodobnie jest dobry.

03.05.1940
Święto Narodowe, obchodzone w kraju tak uroczyście, tutaj też trochę odmiennie było, gdyż przyjechał francuski Ks.Kardynał i odprawił w hangarze Mszę Świętą podczas której śpiewał chór polski, po Mszy wszystkich zaskoczył odśpiewane hymny Polskie i Francuskie, po Mszy Św. odbyło się wręczenie naszym pilotom odznak pilotów francuskich, po uroczystościach defilada.

08.05.1940
Wczoraj wysłałem znów list do Bernarda, może dojdzie, w nocy śniła mi się ONA, mocno mnie całowała, może nie daj Boże gryzie tam moich najdroższych?

10.05.1940
Pamiętny dzień godz. 4.30 rano nalot niemiecki na Lyon - Bron, wstałem wcześniej,gdyż chciałem się ogolić, siedziałem jeszcze na łóżku, mówiłem pacierz i ubierałem się, gdy słyszę niewyraźne pomruki samolotów i w tym momencie z nad lasku nad fortem na wysokości kilku metrów wyłoniły się 3 M
e 110. Jeden przeleciał nad sąsiednim barakiem, dwa nieco dalej, ten pierwszy rzucił dwie bomby i strzelał z K.M. i działem, widziałem bardzo wyraźnie odrywające się bomby i pochylonego w kabinie pilota, szczęście, że bomba wpadła do rowu przeciwodłamkowego i przez to nie było od tej bomby ofiar w ludziach poza skaleczeniem paru szkłem, gdy ta trójka przeszła, wlazłem na łóżko, bo spałem na górnej pryczy, posłałem ........... widzę, że bractwo wyrywa do rowów, w tym momencie słyszę inne eksplozje bomb, w moim baraku patrzę prawie nikogo nie ma, trzeba brać płaszcz i iść do rowu. Ledwie wszedłem do rowu gdy słyszę gwizd nad głową i widać jak tuż nad głową lecą dwa cygara, po chwili dwa wybuchy prawie jednocześnie, rezultat jedna bomba z jednej strony rowu około 3 - 5 mtr.,druga z drugiej strony rowu około 3 - 5 mtr., na łeb ziemia i kamienie, betonowane ściany rowu w kilku miejscach popękali. Wynik bombardowania, materialne szkody stosunkowo małe, gdyż rozwalono cztery czy pięć baraków, zabitych 8 Polaków i 8 Francuzów, z naszego dywizjonu 4. Dosyć sporo rannych, mnie Bóg uchronił, Matko Najświętsza miej w swojej opiece. Artyleria z początku zaskoczona nie strzelała, potem zaczęła strzelać lecz bardzo niecelnie, wyrzuconych bomb przeszło 50, niewyb.12.
  Po południu około godz. 16.30 drugi nalot, lecz maszyny były w powietrzu, bractwo ucieka w pole, między innymi ja także odleciałem około 2 km w pole, położyłem się w bruździe, lekkie chmurki, z jednej z nich wyłonił jakiś samolot, po chwili gwizd bomb. Przewróciłem się twarzą do ziemi, a żeby nie widzieć, chciałoby się do ziemi wleźć, po chwili kolejnych 12 wybuchów, cała seria, jedna nie dalej jak 10 mtr. No chwała Bogu, Pomimo, że w polu, jednak są ranni 4. Jeden z naszego dywizjonu sierż. Orzustowski, któremu wypłynęło oko, jeden podporucznik zmarł w szpitalu.
 Wieczorem wyjeżdżamy na lotnisko polowe 5 km za Bronem - Mions, rozmieszczeni po namiotach już mamy kilka przydzielonych samochodów, samolotu jeszcze żadnego.

15.05.1940
Piloci trzymają kolejno służbę, 3 samoloty są w każdej chwili gotowe do startu. 3 pilotów pojechało do Paryża po samoloty dla naszego dywizjonu i przyprowadziły pierwsze samoloty, Cyclon
e'y uzbrojone 4 K.M.

19.05.1940
Wyjeżdżamy na nowe miejsce, jedziemy pociągiem. Samochody poszły rzutem kołowym, w drodze spotykamy pierwszy pociag z ewakuowanymi z nad granicy Belgijskiej, gdy się dowiedzieli, że jesteśmy Polakami, niektórzy płakali nad swoim i naszym losem, lecz cóż, wojna, widać ogólne podniecenie wszędzie.

20.05.1940
Wieczorem przyjeżdżamy do Paryża, poczem samochodami jedziemy na lotnisko, jest to fabryczne lotnisko fabryki samol. "Arsenal" odległe około 20 km. Czekać tu będziemy na uzupełnienie sprzętu, no i spodziewamy się w każdej chwili nalotu, dla szwaba łakomy kawałek, wieczorem widzimy całe masy balonów zaporowych.

22.05.1940
Dziś śniłem Janeczkę, jakoby byłem w domu, Januś mówiła, że Tatuś jest na wojnie i mnie  nie poznała. Po przebudzeniu wypłakałem się do syta. Matko Najświętsza miej ich w swej opiece.

28.05.1940
Dziś przez radio nadali, że Belgowie złożyli broń, psiakrew - Adolf podobnie mówił przez radio, że ma podziw dla polskiego żołnierza i żeby dać jemu polskiego żołnierza a niemiecką broń, to cały świat zawojuje, przez radio pocieszał ażeby paryżanki nie obawiali sie bombardowania, gdyż dał rozkaz nie bombardować Paryża, gdyż chce jeszcze tańczyć i bawić się w Paryżu z pięknemi paryżankami.

02.06.1940
Wyjeżdżamy z Vill
acoublay na polowe lotnisko na zachód koło miasta Dreux. Przed dwoma dniami otrzymałem pocztówkę z domu, pisze Zygmunt, że wszystko jest w porządku, wszyscy trzej wrócili do domu. Janek się ożenił z Tanią i mieszka w Grodnie. Franek pracuje na starym miejscu, tylko on nie ma pracy i jest w domu nareszcie, w domu są wszyscy zdrowi. Chwała Bogu, że wszystko jest w porządku. Podczas naszego pobytu w Villecubley nasz dywizjon został szybko uzupełniony w sprzęt oraz otrzymaliśmy uzbrojenie osobiste, naboje K.M. przeciwlotnicze. Widać, że wojna.

03.06.1940
W drodze z Villecubley do Dreux przejeżdżaliśmy przez Wersal koło historycznego zamku, gdzie został podpisany traktat Wersalski. Tutaj znów jesteśmy w namiotach, stołujemy sie ze swojej kuchni, na lotnisku jest dywizjon Angielski, wszyscy młodzi chłopcy, stałych maszyn nie ma, tylko lądują na uzupełnienie, lotnisko dobrze zamaskowane. W dniu dzisiejszym mocno zostało zbombardowane lotnisko i fabryka Villecubley, podobno brało udział około 70 bombowców, bombardowali z bardzo wysoka. Najwięcej zrąbali park gdzie byli zaparkowane nasze samochody i gdzie nasi chłopcy podczas alarmu chowali się. Całe szczęście, że po naszym wyjeździe.
      Ja z Wyżykowskim prowadzę ogólną kancelarię, Cichecki i Śmiglak kancelarję taktyczną.

09.06.1940
Nasz dywizjon kluczami i całym dywizjonem brały kilka razy udział w walkach powietrznych, dzisiaj został ciężko ranny mjr., a właściwie już ppułk Kępiński, samolot strasznie postrzelany. Przy lądowaniu stracił przytomność, odwieźli do szpitala. Wczoraj zginęli cały klucz por. Jan Obuchowski, kpr. Edward Uchto  i ppor. Lech Lachowicki. Nasz dywizjon już ma zestrzelonych przeszło 30 samolotów niemieckich lecz i naszych już większa część niezdatna do użytku.
Niemcy dwukrotnie zbombardowali miasto Dreux, panika, w mieście prawie już nikogo nie ma, gdyż ludność opuszcza miasto.

10.06.1940
Opuszczamy lotnisko, gdyż już za ciepło jest, była komisja z Paryża, zabroniła latać na "Cyclonach", gdyż rozlatują się w powietrzu przy "pice" lecz przy pice są bardzo szybkie, na pułap bardzo ciężko się drapią i zupełna słaba budowa i omaskowanie.

12.06.1940
Jesteśmy na nowym miejscu, polowe lotnisko, mieszkamy w nieczynnej fabryce cukru, lotnisko Siemiers, Moinville wojsko najeżdża, podobno już nie mamy daleko, ...... spotkaliśmy polskie kolumny, które teraz dopiero dostają sprzęt, trochę uzbrojenia, aprowizacja coraz trudniej.bombowców

14.06.1940
Wczoraj wieczorem opuściliśmy poprzednie lotnisko polowe, prawdopodobnie czołgi niemieckie byli w bezpośredniej naszej bliskości i tylko cudem uniknęliśmy spotkania z nimi.
Koło Chateauroux przyjechaliśmy na lotnisko fabryczne fabryki  "Blocha". Chłopcy dziś zabłądzili do podziemnej montowni bombowców amerykańskich "Martin". Naliczyli około 120 prawie ukończonych samolotów, potem ich z tamtąd wyprosili. Francuzi nadali przez radio z jakim bohaterstwem Polacy walczą, podobno nasz dywizjon 1/145 został odznaczony najwyższym odznaczeniem francuskim Croix de Guerre lecz jeszcze gdy byliśmy w Dreux, dowództwo francuskie zabroniło latać i mjr. Kępiński dostał porządne o.p.r. lecz to nie wstrzymuje naszych pilotów.

16.06.1940
Niemcy zajęli Paryż, którego francuzi zupełnie nie bronili, ażeby nie niszczyć historycznych zabytków. W drodze słyszeliśmy, że francuski rząd z Deladierem ustąpił, a objął kierownictwo mrłk. Petain. Jest to stary przyjaciel Polaków, lecz cóż kiedy podobnie ma zamiar pertraktowania z niemcami o zawieszenie broni. Po zajęciu Paryża niemcy szybko posuwają się naprzód, francuzi prawie nigdzie nie stawiają oporu.

17.06.1940
Wczoraj wyjechaliśmy z lotniska Blocha koło
Chateauroux i przyjechaliśmy na lotnisko Rochefort, widać tutaj wodnopłatowce, gdyż lotnisko jest położone nad rzeką, która wpada do morza, morze też niedaleko. Nasi piloci na ostatnich 7 cyclonach trzymają patrole i obronę lotniska, prawdopodobnie pertraktacje z niemcami są już prawie na ukończeniu.

19.06.1940
Dziś od samego rana wielkie podniecenie na lotnisku, magazyny pootwierane, kto co chce to bierze, poszliśmy po śniadaniu, nabraliśmy herbaty, chleba no i do chleba co się dało, z rana zapowiedziano żeby nigdzie nie rozchodzić się, bo wkrótce wyjeżdżamy. Nasi przydzieleni francuzi odjeżdżają do domu, około godz. 10.00 odjeżdżamy z lotniska, po drodze widzimy nastrój podniecony, po rowach pełno broni. Ludzie patrzą na nas jak na wrogów, nieraz słyszeliśmy jeszcze poprzednio docinki, że żeby nie Polska to by Francja wojny nie miałaby,trudno to przyszłość pokaże. Przyjeżdżamy do portu La Rochelle, ładujemy się na nieduży statek, gdy załadowaliśmy wszystko i mieliśmy odpływać, przyszedł rozkaz wyładować się ponieważ francuzi statku nie dają. Wyładowaliśmy co się dało, resztę zostawiliśmy na statku, gdyż dwa samochody wysłaliśmy po sztab lotnictwa Polskiego, pozostałe, a zostało jeszcze dosyć, marynarze zaczęli wyrzucać do morza, może to i lepiej, niemcowi nie zostanie, paru marynarzy rozpłakało się gdy się dowiedzieli, że nie będą mogli odpłynąć z nami. Mamy podobnie jechać do Bord
eaux, lecz płk. Pawlikowski z kpt. Łaguną  pojechali do poselstwa angielskiego, tymczasem stoimy na ulicy i czekamy na przyjazd Pawlikowskiego i Łaguny no i na ewentualny nalot. Tymczasem zaczyna więcej napływać naszych wojsk do portu, oficerowie niektórzy już poprzebierali się w cywilne ubrania, nasz dywizjon w całości trzyma się w kupie, około godz. 16.00 przyjeżdżają nasi Pawlikowski i Łaguna, jedziemy z powrotem do portu tylko pod inne molo, które jeszcze w budowie, mają wkrótce podać okręt angielski, wkrótce wpłynął duży statek towarowy, zaczęliśmy się ładować. Załadowaliśmy cały swój sprzęt, co się dało, nawet motocykle, poczem zaczęło napływać wojsko z różnych rodzai broni. Na okręcie zaczyna się robić ciasno. Około godz.24.00 przyleciał pierwszy niemiecki bombowiec i z lotu nurkowego zrzucił bomby, zapalił zbiorniki i okręt przy molo, gdzie poprzednio ładowaliśmy, a potem co parę minut przylatywały i rzucały swój ładunek, piękna była noc w tej grozie łuny pożaru i wybuchających bomb oraz trajkotu karabinów maszynowych. Na naszym statku "Odderpool" przez całą noc ładowało się wojsko, władowano około 4.800 osób w tem masa oficerów z piechoty, przypomina się historia z 18 września ub. roku kiedy przekraczaliśmy granicę rumuńską, gdzie też w Kutach stał ogromny sznur samochodów oficerów bez wojska lecz trudno. Ze świtem jeszcze jeden leciał, możliwe chciał nas poczęstować, lecz z karabinów jak zaczęli pruć, zakołysał się , możliwie dostał,  poczem zawrócił, zrzucił na miasto bomby i odleciał coraz niżej się zniżając.

20.06.1940
Godz. 5.00 rano wypływamy z portu na dalszą tułaczkę, czy dopłyniemy - Bóg raczy wiedzieć, około godz 8.00 słuchamy dziennika niemieckiego, który podaje, że w porcie La Rochelle bombowce niemieckie zatopili okręt angielski z załadowanym wojskiem polskim. My tymczasem "zatopieni" wypłynęliśmy na pełne morze, po półgodzinnym czasie radio angielskie potwierdza tą wiadomość na podstawie dziennika niemieckiego, my tymczasem płyniemy i śmiejemy się z niemca, chociaż mamy trochę strach, z nami płyną jeszcze dwa statki towarowe puste oraz kilka kanonierek, na statku zaczyna na drugi dzień brakować wody do picia, pierwszy dzień to jeszcze mieliśmy wino, lecz nastrój bojowy dobry, tylko widoczne przygnębienie z powodu upadku Francji, naszego sojusznika. Kraj tak bogaty, a tak prędko padł, lecz cóż zrobić.


Statek "Anderpool" - ewakuujący polskie wojska z Francji do Anglii w dniach 19.06.1940 - 22.06.1940. Na dolnym środkowym zdjęciu widać kapitana Frey, na harmoni gra ppor. Gładych, widoczny jest też  ppor. Łukaszewicz. Na dolnym prawym zdjęciu widać kpt. Łagunę

22.06.1940
Dopływamy do angielskiego portu Plymouth, pada deszczyk, słuchamy dziennika, anglicy nadają, że właśnie zatopiony statek angielski z wojskiem polskim w porcie La Rochelle w nocy z dnia 19 na 20.06 przybija do portu cały. Po wyładowaniu się z okrętów przechodzimy kawałek, poczem ładujemy się na pociąg. Przed załadowaniem się otrzymujemy na dworcu herbatę, pierożki i czekoladę, zdziwiło nas szybkie i sprawne wydawanie, poczem odjeżdżamy do Glasgow w Scotland.

25.06.1940
Po przyjeździe do Glasgow zamieszkujemy w szkole rzemieślniczej za miastem, spotykam por. Piotrowskiego z naszego obozu w Rumunii. Pierwszą czynnością było dokładne ustalenie naszego stanu i kogo zgubiliśmy, okazuje się, że za wyjątkiem paru, którzy zostali samowolnie oraz którzy pojechali po Sztab Lot. Polskiego, reszta są wszyscy. Naród z chwilą przyjazdu do portu
aż do Glasgow bardzo mile nas wita charakterystycznym podnisieniem kciuka prawej lub obu rąk, uczymy się odpowiadać w tenże sposób, nareszcie odpoczywamy.   

26.06.1940
Odjazd z Glasgow do West Kirby, jest to nowo budowany obóz, czyli baza jeszcze w budowie, tu robimy zdjęcia do legitymacji no i zapoznajemy się z życiem obozowym, wszędzie wygody, łazienki z wannami i prysznicami, woda zimna i gorąca, zapoznajemy się z wojskową kuchnią i.t.p. pierwsze wrażenie jak najlepsze, widać, że to nie Francja.

29.06.1940
Opuszczamy obóz West Kirby i jedziemy do Centrum Lotnictwa Polskiego w Blackpool, podróż wygodna. W Blackpool spotykamy bardzo wiele polaków, którzy poprzednio wyjechali do Anglii, ci naprawdę mieli dobrze, gdyż mieszkali w hotelach    lub pensjonatach, życie mieli dobre, forsy dostawali, to nie takie życie jak nasze spanie pod krzaczkiem i bombami. Co do społeczeństwa angielskiego to na każdym kroku widać bardzo miłe i życzliwe ustosunkowanie się do Polaków. Angielki zapamiętale flirtują z polakami, ci co poprzednio przyjechali do Anglii to już trochę spikają po angielsku, zresztą mieli czas uczyć się.

06.07.1940
Czas schodzi szybko, zwiedzamy miasto, jest letniskowe miasto, moc rozrywek, automatów itp rzeczy, wysłałem list do Londynu, trzeba poszukać Witka M, Józka K. i Edka S. może się odnajdzie.

23.07.1940
Przedwczoraj otrzymałem list od Witka. Józek prawdopodobnie w niewoli niemieckiej, o Edziu nie ma żadnego słychu, dziś mamy odjazd z Blackpool, zostałem przydzielony, zresztą jak większość z naszego dywizjonu 1/145 we Francji do pierwszego z nowotworzonego dywizjonu myśliwskiego w Anglii, który ma nazwę 302 Polish Squadron (302 Dywizjon Myśliwski), nie wiadomo jak dalej będzie, dotychczas było b. dobrze, na tydzień dostawaliśmy po 3 shelingi. Jedziemy do bazy w Leconfield niedaleko miasta portowego Hull, lotnisko i baza nowo zbudowane, budynki bardzo wygodne, w kazdym pokoju jest aparat radjowy, mieszkam we dwójkę z Cicheckim w pokoiku, pracuję w kancelarji, Cichecki, Śmiglak i ja, czas mija dosyć szybko.

Na dolnym zdjęciu - w środku nad białym bullterierem siedzą obaj dowódcy dywizjonu: patrząc z lewej strony (z wąsikiem) sgr/ldr Szkot Jack W.A. Satchel, oraz po jego lewej stronie mjr Mieczysław Mumler. Bezpośrednio za nim stoi sgt W. Mordasiewicz, obok z jego prawej strony sgt Stanisław Rapiór oraz Bolesław Cichocki. Piąty po prawej od mjr Mumlera siedzi mjr Piotr Łaguna.

07.08.1940
Odwiedził nas Generał Sikorski ze swoim sztabem, miał krótkie przemówienie, poczem dekorował Krzyż. Wal. po raz pierwszy Kpt. Łagunę, por. Czerwińskiego i Kowalskiego, sierż. pil. Markiewicza. Przez zapomnienie pominięty ppor. Główczy
ński, któremu też Krz.Wal. nadano. Dowódcą dywizjonu jest ppłk. Mümler Miecz., adjut. por. Sarnicki, tu bardzo szybko wszystko załatwiają, gdyż już otrzymaliśmy cały stan samolotów Hurricane I uzbrojenie 8 k.m. pierwszorzędne maszyny, także zaczynają potrochu mundurować w angielskie mundurowanie naszych chłopaków.









Władysław Mordasiewicz
Leconfield
sierpień 1940

12.08.1940
Poraz pierwszy pojechałem do miasteczka z Bolkiem, miasteczko Beverley odległe od bazy o jakie 3 mile, popiliśmy piwa, które anglicy stawili, po kiliszku "whiskey" wypiliśmy i wróciliśmy, w ogóle chłopcy dekują się jak mogą, dostają paczki, papierosy itp., są nawet wypadki i to częste, że i żonaci poznachodzili sobie srajdy, ciekawy czy potem angielki nie będą poszukiwały ich w Polsce.

17.08.1940
Mieliśmy alarm w dzień, poszliśmy do schronów, w tymże dniu podczas lotu szkolnego mocno się poparzył ppor. Główczyński, maszyna się zapaliła na 5000 mtr. Chciał ratować maszynę i usiłował wylądować, sam mocno się poparzył - maszyny tylko został uratowany 1 płat, szkoda bardzo dobry pilot i fajny chłop.

19.08.1940
Wysłałem list przez konsulat do Ameryki do teściowej, prosiłem żeby napisali list do domu, może to będzie źle ponieważ Falkiewicz otrzymał list od brata z Ameryki, który pisze, że nie warto pisać, gdyż bolszewicy mszczą się na rodzinach, a może konsulat nie znajdzie teściowej i szwagierki w Ameryce to i tak nic nie będzie.

21.08.1940
Niemiec coraz intensywniejsze robi naloty na Anglię, przeglądając zestawienie strąconych samolotów nad Anglią, anglicy strącili 492 samoloty niemieckie, swoich stracili 115 samolotów, z tego 48 pilotów wyratowało się. Wczoraj naszego dywizjonu piloci strącili niemiecki samolot, I  szwab się spalił, jeden ranny i dwóch całych wzięto do niewoli. Dzisiaj znów wypadek samolotowy ppor. Chałupa pobił maszynę i sam się poranił. Samolot był uszkodzony podczas walki.

25.08.1940
Smutna rocznica, dziś o godz. 5.00 rano minęło rok jak pożegnałem swoich najdroższych, rok czasu jak człowiek skazany jest na włóczęgę, chociaż ja jeszcze w porównaniu mam b. dobrze, bo pieniądze dostają życie dobre, spanie, opranie wszystko dobre, lecz jak Oni tam? Jak tam moja Januś, Ziutek, Ziuta i mamusia, może kawałka chleba nie mają, może już zapomnieli o mnie i mają za umarłego, żeby to chociaż móc tam na skrzydłach ptaka ulecieć, popatrzeć na nich ............., ucałować, choćby jednych parę chwil, nieraz gdy takie myśli najdą to zwariować można, a tymczasem wojna powietrzna trwa w całej pełni, parę dni było spokojniejszych, w tym tygodniu znów szwab rzuca tysiącami samoloty na Anglię, lecz tu tak bezkarnie  jak u nas w Polsce lub Francji latać nie może, tu jest obrona, tu są myśliwce, jak takie Hurricany lub Spitfiry, to są noży na niemieckie maszyny. Czasami przerywają się w głąb kraju i robią spustoszenie, lecz drogo za to płacą i nieraz od 30 - 60 maszyn dziennie, tymczasem RAF ( Royal Air Force) "Królewskie Siły Powietrzne" dalej swoje robi nocnymi lotani, dalej niszczy porty i fabryki przemysłowe niemiec, po trochu też zaczynają napływać w Ameryce zamawiane przez Anglię samoloty i inny sprzęt wojenny i prawdopodobnie przystąpi do wojny.

28.08.1940
Niemcy szykują nowe tryki, dziś podano przez radio, że pod naciskiem niemiec - Rumunia zmuszona była odstąpić Węgrom Siedmiogród i około 300.000 km2, podobno w/g prasy angielskiej niemcy mieli wysłać zawiadomienie do Rosji, że Rumunia jest ich "przestrzenią życiową" i że Rosja jest z tego mocno niezadowolona. Daj Boże żeby ci dwai nasi śmiertelni wrogowie wzięli się za łby, chociaż w rocznicę zawarcia paktu Rosji z Niemcami zarówno radio berlińskie jak i moskiewskie zgodnie ogłaszali, że sojusz jest nadal w całej pełni swojej ważności i jak nadchodzą wiadomości, że rosjanie narówni z niemcami prześladują ludność polską w okupowanej Polsce i tysiącami wywożą w głąb Rosji lub na Syberię i że ci zesłańcy żyją w warunkach okropnych. Tymczasem dziwny jest naród ci Anglicy,machina wojenna przemysłu idzie całą parą, naród na nic nie zważa i pewny jest swego zwycięstwa co daj Boże.

07.09.1940
Duży nalot na Londyn, prawdopodobnie brało udział około 8.000 samolotów niemieckich, stracono 85 samolotów n
pla. przy stracie 20 samolotów angielskich, z czego 8 pilotów uratowało się. Zniszczenie w Londynie jest znaczne, zabitych około 400 osób oraz rannych około 1000 osób. Wiele domów i innych budynków zburzonych. Anglicy nie zostają dłużni, gdyż rąbali Berlin przez 9-ty - mało to, bo trzeba dać więcej, lecz podobno w obiektach niemieckich szkody są poważne, jest ta różnica, że niemcy latają w dzień, przez to ponoszą znaczne straty. Od miesiąca sierpnia to jest od rozpoczęcia masowych nalotów na Anglię, niemcy stracili około 1680 samolotów i około 5000 ludzi z wyszkolonych załóg, to znaczy pilotów, radio-oper. i nawigatorów, strzelców, bombardierów, w tej sumie nie ujęte są samoloty poważnie uszkodzone i które prawdopodobnie nie dotarły do swoich baz oraz samolotów zbombardowanych na lotniskach niemieckich w Niemczech, Francji, Belgii, Holandii i innych, które nie są podawane z powodu trudności ustalenia, a lotniska te prawie każdej nocy poza innymi objektami są bombardowane, Anglicy nie podają jeżeli definitywnie nie zostaną stwierdzone, że samolot npl. spadł.
  Ameryka i Anglia doszły do porozumienia co do "wypożyczenia" baz morskich i lotniczych przez Amerykę na wodach terytorialnych i kolonialnych Wielkiej Brytanii i w dniu 04.09.1940 zostały podpisane pakty i wymienione odpowiednie noty, w zamian Ameryka ma "wypożyczyć" dla Wielkiej Brytanji 50 dystroyerów amerykańskich z pełnem uzbrojeniem i wyposażeniem, niezależnie od tego w/g doniesień prasy Ameryka ma odstąpić dla Kanady kilkaset czołgów, które z kolei jako kanadyjskie w krótkim czasie mogą się znaleźć w Anglii, chodzą uporczywe słuchy, że Ameryka coraz bardziej się zbliża do wojny z Niemcami. Niech tylko przeminie kryzys wyborczy, którym Stany Zjednoczone są zaaferowane, a które odbędą się za jakie 2 - 3 miesięcy, co daj Boże. Polskie jednostki lotnicze coraz intensywniej dają się we znaki niemcom, 303 Dyw. Myśl., który jest w okolicach Londynu już ma strąconych przeszło 30 samolotów niemieckich przy minimalnych własnych stratach, nasz dywizjon jeszcze intensywnego udziału w walkach nie bierze, gdyż przechodzi przeszkolenie reszta przydzielonych pilotów lub też latają na konwoje, lecz niezależnie od tego też już kilka maszyn niemieckich strąconych, wkrótce również mamy wyjechać w "cieplejsze kraje".

18.09.1940
Rocznica przekroczenia granicy rumuńskiej. Rok i przeszło trzy tygodnie jak pożegnałem swoich najmilszych, a jak by to wczoraj jeszcze było, jakbym wczoraj ich żegnał, Janeczka obudzona przez Ziutę objęła rączkami za szyję, skłoniła główkę i dalej drzemała, Ziutek płacząc pożegnał tatusia i poszedł do łóżeczka płacząc, poschodzili się krewni, krótkie lecz rzewne  pożegnanie, nie myślałem wówczas, że taki szmat czasu przyjdzie być poza krajem, myślałem, że najwyżej dwa do trzech tygodni wrócę z powrotem, Ziuta odprowadziła na stację, przyszła Grodzka z Grodzkim no i odjazd i tymczasem minął rok jak tułam się po szerokim świecie, Rumunia, Syria, Francja a teraz Anglia. Szmat drogi, kawał czasu - a jeszcze ile czasu przejdzie nim wrócę i czy w ogóle wrócę? Bóg raczy wiedzieć.

19.09.1940
Walki powietrzne nad Anglią trwają w pełnym natężeniu. 16.09.1940 strąconym nad Anglią 187 samol. niemieckich, jest to rekordowa ilość samolotów dotychczas strąconych, Anglicy stracili swoich 25 samolotów myśliwskich w tem 12 pilotów wyratowano. Ładny stosunek strat 7 1/2 maszyn niemieckich i to przeważnie bombowców na 1 maszynę angielską myśliwską, a nie mówiąc o ludziach. W walkach tych i nasz dywizjon brał udział i strącił 14 samolotów, niestety zginął kpt. Chłop
ik. Cześć jego pamięci. Polacy strącili ogółem 48 samolotów niem., tymczasem bombowce angielskie dalej rąbią obiekty niemieckie, a przeważnie porty, gdzie są nagromadzone statki, staczki i barki, a przeznaczone do przewozu wojska niemieckiego na inwazję Anglii. Hitler coś ze cztery daty zapowiedział na zajęcie i wjazd do Londynu, lecz bezskutecznie.
   Na wschodzie sytuacja jest napięta, Włosi atakują z Libii na Egipt i podobno ma zaatakować Grecję, Turcja ogłosiła. że ma ścisły sojusz z Grecją i w wypadku jakiego i napadu na Grecję, Turcja pospieszy jej z pomocą w obronie jej granic, Rosja zawarła pakt handlowy a prawdopodobnie i wojskowy z Turcją. Kto wie jaka teraz idzie polityka, z jednej strony Rosja ma zawarty sojusz z Niemcami, teraz zawiera pakty z przeciwnikiem najlepszego sojusznika Niemiec. Djabli wiedzą. Stany Zjednoczone uchwaliły ustawę o przymusowej służbie wojskowej oraz ogromne kredyty na dozbrojenie armii, która może kiedyś dojdzie do głosu.

Na górnym zdjęciu Dywizjon 302 w Leconfield - 06.10.1940. W. Mordasiewicz stoi w środkowym rzędzie na wysokości lewej strony orła. Na zdjęciu poniżej od lewej: Stanisław Rapior, B.Cichecki, Władysław Mordasiewicz oraz Śmiglak. Zdjecie wykonane w Leconfield w dniu 10 listopada 1940 roku.

Zdjęcia wykonane w Leconfield w dniu 06.09.1940.
Powyżej: Cichecki Bolesław i na odwrocie jego dedykacja.
Obok - Radkowski Tadeusz i poniżej odwrotna strona fotografi - z dopiskiem o śmierci ww.

11.10.1940
Odjazd z Leconfield na lotnisko bojowe na przedmieściu Londynu, by zmienić 303 Dywizjon, który idzie na nasze miejsce na zasłużony odpoczynek. Godz. 5.00 po południu przyjeżdżamy na nowe miejsce, jest to RAF Station NORTHOLT baza podstawowa, trochę zbombardowana przed hangarem, ogromny dół od 500 kg. oraz jeszcze szczątki samolotu, przy którym zginął sierż.pil.
Siudak (w pamiętniku jest błędny zapis, że był to pilot Palak - km), który poprzednio był w naszym dyonie jeszcze we Francji. Pierwsza noc pod hukiem bomb i artylerii przeciwlotniczej oraz warkotu samolotów niemieckich Junkiersów i Dornierów, taki piekielny hałas  prawie do północy, niemcy w ogóle zaniechali dzienne naloty prawie zupełnie z powodu zbyt poważnych strat i przeszli na nocne naloty. Noc ładna księżycowa, niektóry nerwowo nie wytrzymują i schodzą do schronu, ja chociaż bohaterem nie jestem lecz jakoś nie nawalam. Po północy uspokoiło się nieco to też poszliśmy spać. Przejeżdżając przez Londyn nie są widoczne tak bardzo zniszczenia jak można było poprzednio sądzić na podstawie nalotów, zresztą przejeżdżaliśmy paroma ulicami, może gdzie indziej jest większe zniszczenie.
               
18.10.1940
Już tydzień czasu jak jesteśmy w Northolt, przyzwyczailiśmy się do nocnych bombardowań, nieraz w nocy jak wysypie gdzieś w pobliżu, to łóżka chodzą od ściany do ściany, ogółem bractwo trzyma się dobrze za wyjątkiem kilku co nawalają i śpią w schronie, reszta śpi w łózkach, lecz nieraz przebudzają huk bomb, gdyż w bezpośrednim sąsiedztwie jest fabryka - montownia Spitfire'ów tak że jej szukają gorliwie.
       Dziś zabił się ppor. Załuski  i to psia kostka, człowiek zginął nie w walce lecz w mocnej pice  się rozharatał, w ogóle ten tydzień niepomyślny, gdyż zostało rozharatano coś 4 czy 5 maszyn, a żadnego szwaba nie strącono. Dopiero dziś jak dotąd wiadomo strącono dwa samoloty niemieckie lecz jeszcze nie ma eskadry "A", może oni coś zrąbali. Chciałem poświęcić trochę zewnętrznemu wyglądowi W. Brytanii. Na każdym kroku widoczne jest, że kraj bogaty, sieć drogowa pierwszorzędna, boczne drogi trochę kręte, lecz wszystkie asfaltowane i w porządku utrzymane, koleje też, ruch kołowy b. intensywny, domki murowane są na jeden wzór, osady jak również przedmieścia Londynu zabudowane są przeważnie piętrowymy domkami, każdy domek ma dwa mieszkanka składające się z 4 - 5 pokoików, kuchenki, łazienki, żywopłoty i ogródki utrzymane pierwszorzędnie, całość robi bardzo miłe wrażenie. Prawie przy każdym domku jest garaż, w ogóle, że jeżeli wziąć przeciętnie co druga lub trzecia rodzina ma swój samochód. Domek kosztuje około 450 Ł.

28.10.1940
Jest wiadomość, że Włosi napadli na Grecję, Grecy bardzo dzielnie się bronią. U nas normalnie, dziennie po parę razy jest "teik cover" (chować się), przezwaliśmy "tai kawa". Wieczorami ażeby się nie nudziło chodzimy do Public Bar, zwłaszcza do jednego, który przezwaliśmy "Ogiernia" lub "K - i dołek", gdzie trzy razy w tygodniu odbywały się dance no i chłopcy szukały sobie dziewuszki do popchnięcia, dziwny naród anglicy, samoloty niezmiennie latają, to tu, to tam puszczą ładunek, artyleria wali jak cholera, na niebie od rozrywających pocisków wygląda jakby kto rzucał fajerwerki, a tu w knajpie piją sobie piwo, orkiestra gra, bractwo tańczy i czas schodzi szybko, chociaż to kosztowne i funty topnieją jak na zawołanie, lecz nikogo na sali nie ma i jednemu markotno siedzieć.

01.11.1940
Dziś mamy wizytację, przyjechał Gen. Sikorski ze swoim sztabem oraz angielski minister lotnictwa Sir Sinclaire Archibald oraz angielscy generałowie, lecz krótko było, gdyż pojechali odwiedzić jeszcze drugi dywizjon. Jutro przyjeżdża Arcybiskup Polowy Gawlina, pójdziemy do spowiedzi, a potem podczas Mszy Św. do Komunii.

02.11.1940
Zaduszki. Idziemy by pomodlić się na mogiłach naszych poległych, a jest już około dziesięciu pochowanych, gdyż jest kilku z 303 Dyw. i paru z naszego, mój Boże , Polacy po całym świecie swe kości mają poskładane znacząc drogę, którędy szedł ten żołnierz - tułacz, by módz dalej kontynuować tą walkę z naszym wrogiem i tak wpierw w Rumunii, potem widziałem dwa groby tych Polskich żołnierzy - tułaczy w Syrii, wiele tysięcy zginęło we Francji, a teraz tu na gościnnej ziemii angielskiej pierwsi lotnicy składają swą krew i oddają swe młode życie w obronie uciemiężonej ludzkości przez czerwony i brunatny faszyzm i komunizm, lecz może kiedyś Bóg pozwoli odetchnąć wolnem powietrzem w wolnej Ojczyźnie, może tam na cmentarzu gdzies i moi najmilsi mnie opłakują, mają za umarłego, żeby Bóg raczył nadal zachować w tym zdrowiu to byłoby wszystko pomyślnie.

03.11.1940
Rocznica ślubu, 9 lat minęło, z tego rok i parę miesięcy na tułaczce, a  jeszcze ile czasu upłynie zanim ta zawierucha światowa się kończy, mam wrażenie, że jeszcze chyba z pare lat przeciągnie się, gdyż anglicy muszą produkować wszystko, a grunt nastawiać na przemysł wojenny wszystkie fabryki itp. - lecz co Bóg da to i będzie.


13.11.1940
Byłem dzisiaj w Londynie, gdyż zawieźliśmy słowniki do oprawy, jeździłem samochodem z kpt. Jaworskim, por. Popławski i por. Sarnickim, pomimo wojny ruch normalny, które domy zburzone, są pospiesznie naprawiane, gruzy usuwane, biseness idzie dalej.

15.11.1940
Po pracy wybierami się dancing do Harrow, tam podobnie ładna sala. Jestem z Bolkiem, Tadek Radzikowski no i jeszcze parę boys. Wejście 1 shelinga ( około 1 zł). Sala ładna, orkiestra dobra, girls nice, wszystko dobrze się zapowiada, a grunt, że jest bufet, noc księżycowa, artyleria grzeje jak djabli, od czasu do czasu spuszczą w pobliżu "cagarka", że aż buda się trzęsie lecz publika nic nie robi. O 12.00 "finish dance", "Ladies and Gentelman time please" i opuszczamy miły lokal, lecz pomimo, że księżyc świeci lecz cóż za jasno, a to psiakrew kosze bomb zapalających wysypanych, a w górze trzeba chyba policjanta postawić, bo mogą się zderzyć i pogwałcić przepisy drogo tyle tego draństwa jest tam, Bolek i Tadek odprowadzają Ruby, ja w nosie mam, z Hadbrawem (?) zapychamy do domu, a tu jak nie zacznie gwizdać, my pod murek, a tu przed nami z 10 metrów rozsypało się tego chyba ze sto sztuk, a tu łażą i pilnują, niech ich djabli, zaczęliśmy po trochu gasić te "świętojańskie robaczki" - gdy wszystko ugaszone było, wozem strażackim przyjechaliśmy aż pod bramę, na samym lotnisku też wysypał cały kosz tego dobrego lecz jakoś wszystko w porządku.

23.11.1940
Dziś opuszczamy Northolot, jedziemy do drugiej bazy RAF Tangmere, przyjeżdżamy, tam, baza zrąbana jak cholera, no ale trudno, lokujemy się w sali bez sufitu, zamiast szybek powstawiane są takie z masy szybki lecz do wszystkiego można się przyzwyczaić przecież wojna, zresztą w coraz gorsze miejsce, lecz jakoś będzie. Wieczorem , smoki szwabskie latają, artyleria grzeje, aż koszary się trzęsą.

07.12.1940
Od dłuższego czasu idzie draka między naszymi oficerami, a angielskimi, gdyż ich kilku no i personelu angielskiego, z oficerów jest d-ca dywizjonu i dowódcy eskadr, adjutant angielski, technicy, razem z szeregowymi około 40 osób no i nic nie robią, lecz wreszcie bomba pękła tak i anglicy wygryźli naszych, gdyż dziś żegna nas d-ca ppułk. pil. Mumler, kpt. Wczelik, kpt. G
oettel i por. Czerny, lecz podobnie i oni u nas długo nie będą, gdyż ma być dywizjon całkowicie usamodzielniony, tymczasem objął d-two kpt. Łaguna, kpt. Jaworski też starał się o przeniesienie lecz ma się zatrzymać aż sprawa się wyjaśni, tymczasem praca i na lotnisku i u nas w kancelarii płynie normalnym trybem.

18 czy 19.12.1940
Odjazd do Manston

24.12.1940
Tak dzień za dniem zchodzi, że już dzisiaj mamy Wigilię, zapomniałem, gdyż od prawie dwu tygodni jesteśmy część naszych ludzi, a zwłaszcza eskadry "A" i "B" mieszkają przy samolotach na lotnisku West Hampnett, a bez ( spać ?).....,  i część grupy "M" mieszka w   barakach blaszanych na nowo budowanym lotnisku M
anston i dojeżdżają na lotnisko samochodami. Nasza kancelaria jest w starym opuszczonym majątkowym domu, angielską kancelarię przeniesiono na lotnisko West Hampnett i tak jakoś było, dzisiaj mamy Wigilię, wspólną wieczerzę, ma być Pawlikowski, Brzezina, może przyjedzie Kępiński, bo dotychczas jeszcze nie przyjechał, no i trochę gości angielskich zaproszonych. Ja miałem jechać do niejakiejś Mrs. Brown, lecz może jutro pojadę. Tymczasem kupiliśmy trochę sardynek, trochę wódki, no jak wigilia. Wieczór w kancelarii, Bolek, ja, Stanley i Zagai popiliśmy trochę, a potem pojechaliśmy do West Hampnett na wieczerzę, która się składała z opłatka, po parę kanapek, po kieliszku wódki i po butelce piwa, jest ppor. Gładych, przygrywa na harmonii, jest kpt. Brzezina, tylko spóźnił się Pawlikowski, bo samochód nawalił. Nastój dosyć jakiś niewyraźny, gdyż każdy myślą biegnie het daleko gdzie w tej chwili zasiadają przy stole Wigilijnym nasi najdrożsi, jest to z kolei już druga wigilia spędzona na obczyźnie z dala od swoich.

27.12.1940
Dziś wróciłem od Państwa Brown. Przyjdźmy po kolei, bilet miałem wypisany, gdyż miałem z Witkiem gdzie jechać gdyż miał dostać urlop, lecz dostałem list, że jest w szpitalu - nie wiem co z nim jest, ten bilet wykorzystałem i pojechaliśmy z Bóżkiem, myślałem że to jest blisko, lecz okazało się,że aż koło Dovru, mieliśmy parę przesiadek. Wreszcie przyjechaliśmy na miejsce przeznaczenia, stacyjka mała, w polu, pytamy czy daleko Litlington, odpowiedziano, że około czterech mil, samochodu żadnego nie ma, tem bardziej, że pierwszy dzień Świąt, które w Anglii obchodzone są uroczyście. Kolejarz narysował nam na papierze plan orjentacyjny no dymamy po drodze. Ciepło, a więc przyjemnie się idzie, wreszcie dopędziło nas auto wojskowe, kierowca zabrał nas, zawiózł do Alfriston, no a tam już zaszliśmy na piechotę, jest to majątek ziemski, wewnątrz luksus. Mrs. Brown odrazu nas trochę zrugała, że nie zatelefonowali to by przysłała samochód, lecz wszystko jest w porządku, pokazano nam nasz pokój, łazienkę. Umyliśmy, zeszliśmy do salonu. Tam się zapoznaliśmy się z towarzystwem, łatwiej nam było, bo syn siostry naszej gospodyni umiał po niemiecku to można się dogadać. Wieczór minął w b. miłym nastroju, kolację w towarzystwie starszych pań, panów, b. wesoło, na jutro wycieczka samochodem oraz zwiedzanie okolic oraz rozbitego w pobliżu samolotu W
ellington, niestety angielskiego, którego załoga zginęła. No i powrót, jednem słowem wrażenie bardzo dobre, no i zobaczyło się jak ludzie żyją.

 
 
 
 
 
Wróć do spisu treści | Wróć do menu głównego